Okołoksiążkowo

O tzw. kanonie lektur, maturze z polskiego i czytelnictwie (między innymi) – okołoksiążkowo

Z myślą napisania tej notki biłem się dłuższy czas. W końcu postanowiłem spisać swoje myśli. W wielkim skrócie, zastanawiam się nad tzw. „kanonem” i czy aby to, co z nim nie robimy, nie jest po prostu szkodliwe.

Jak wszyscy wiemy, w państwie polskim mamy szkoły. I szkoły muszą nauczać zgodnie z pewnymi standardami. Wśród przedmiotów znajduje się – i jest to jeden z przedmiotów kluczowych, nad którym uczniowie spędzają dużo czasu – język polski, skupiający się (niejako wbrew nazwie) głównie na literaturze.

Jest dla mnie oczywiste, że muszą istnieć ogólnie przyjęte standardy języka polskiego jako przedmiotu szkolnego. Uważam jednak, że to, co istnieje na poziomie edukacji szkolnej, nie powinno być przenoszone na poziom ogólnospołeczny, a na pewno nie tak, jak to się dzieje obecnie.

Chodzi mi o kanon lektur. Dobrze się dzieje, że dzieci w Polsce uczą się o książkach, i dobrze się dzieje, że w każdej szkole, małej lub dużej, w mieście wojewódzkim lub miasteczku, prestiżowej lub nie, mają szansę na zdobycie takiej samej wiedzy.

Niemniej jednak, koncepcja ‚kanonu” jest dosyć problematyczna, jeśli się nad nią zastanowić, zwłaszcza w sposób, w jaki przyjęło ją – nieco bezrefleksyjnie? – społeczeństwo polskie.

Przede wszystkim, mamy w Polsce pogląd, że są książki, które „należy” znać. I jeśli się nie wykażesz znajomością owych książek, to sorry, ale nie jesteś dobrze wykształcony. Już w tym momencie pojawiają się problemy, i to kilka.

Przede wszystkim, na świecie istnieją różne społeczeństwa, mówiące rożnymi językami, mające odrębne literatury, historię i systemy edukacyjne. Przyjmijmy, że poznam cały kanon polskiej literatury – np: uzyskując tytuł magistra filologii polskiej. A potem życie tak mi się ułoży, że się przeprowadzę. Do Turcji, Egiptu, Gruzji, Japonii, Vietnamu czy innego egzotycznego państwa. I, oczywiście, w owych państwach panuje zupełnie odrębna wizja kanonu.

Czy to znaczy, że mieszkając w Japonii, nagle staję się niewykształcony? Bo, dajmy na to, znam świetnie język japoński, ale o literaturze japońskiej wiem tyle co nic, więc nie znam książek, które osoba dobrze wykształcona „musi” znać, więc… nagle, po wyjściu z lotniska, moje wykształcenie wyparowuje jak kamfora?

Hm?

No właśnie, jeśli przyjmiemy koncepcję „książek, które trzeba znać, by być wykształconym” i jednocześnie nie ustalimy jednego standardu owych książek, obowiązującego na całej planecie, to wtedy mamy do czynienia z takimi pytaniami. Przy czym ja wierzę, że dobre wykształcenie nie jest względne, a na pewno nie wpływa na nie geografia. Z powyższego wynika, że kanon, postrzegany i rozumiany tak, jak to robimy w Polsce, jest w dużej mierze iluzją.

Dobrze, może inaczej. Mamy osobę, która zdała w Polsce maturę jakieś 50 lat temu. I mamy maturzystę tegorocznego. Oczywiście, przez tyle lat kanon lektur się zmienił – może nie w 100%, ale w sposób znaczny. Przyjmijmy, że zmienił się w 25%, a 75% zostało niezmienione (przyjmijmy – nie mam danych, ale to teraz bez znaczenia). Czy możemy powiedzieć, że jedna z tych osób – i która? – jest tylko w 75% tak dobrze oczytana i wykształcona jak druga? Bo przecież nasz 70-letni absolwent liceum nie czytał nigdy w szkole Dukaja, a tegoroczny maturzysta ma go w spisie lektur. Kto więc jest gorzej wykształcony, bo nie zna „kanonu, co go każdy inteligent znać powinien”? Przy czym starzy pan (lub starsza pani) z maturą mógł/mogła mieć także książki w spisie lektur, których obecnie się już nie omawia. Więc… kto jest względem kogo gorzej wykształcony/oczytany i czemu?

Jak widać, koncepcja „żelaznego kanonu jako wyznacznika edukacji” sprawia problemy nawet w granicach jednego państwa.

Mam też wrażenie, że „kanon” jest odbierany przez masy nieczytające w nieco… niebezpieczny sposób. Wszyscy powinniśmy w toku swojej edukacji zapoznać się z x dziełami literatury i ich interpretacjami. Problem w tym, że masy nieczytające, po skończeniu edukacji, nie czytają niczego. Jednocześnie, często mają dyplomy uczelni i uważają się za osoby wykształcone.

Mój problem jest taki, że jeśli powiemy „osoba wykształcona powinna, koniecznie, znać to i to” pod względem czytelniczym, to potem Polacy sobie dodają „i nic więcej już nie trzeba”. W efekcie mamy ludzi z maturą, którzy od jej zdania nie przeczytali żadnej książki. I takich ludzi nie jest wcale tak mało, od lat odsetek nieczytających Polaków to około 60% (!).

Otóż, osoba wykształcona powinna czytać. Dużo i z otwartą głową. Ale tego koncepcja kanonu jako taka już nam nie powie, prawda?

W związku z powyższym – z niejakim lękiem i oszołomieniem przeczytałem, że (wydaje mi się?) wprowadzono reformę matur pisemnych, tak, by w ich trakcie uczeń musiał się ustosunkować do przynajmniej jednej lektury z kanonu ministerialnego. Czego się lękam i co mnie oszałamia? Taki zapis w istocie miałby swoją wagę tylko w jednym momencie – gdyby istniał jednoczesny obowiązek odwołania się do przynajmniej jednej książki, której w kanonie nie ma.

Pozwólcie, że omówię. co mam na myśli. Takie, a nie inne zasady maturalne mogą utwierdzić część populacji w przeświadczeniu, że „edukacja literacka to kanon i nic ponadto”. I de facto tego teraz będziemy od maturzystów oczekiwali – nic ponad kanon. Teoretycznie wystarczy czytać tylko książki na ministerialnej liście, by zdać maturę ze świetnym wynikiem. I sprawdzających maturę nie obchodzi ogólne oczytanie maturzysty, tylko i wyłącznie znajomość z góry ograniczonej listy „prawomyślnych” książek.

Troszkę to brzmi jak zamykanie młodych umysłów w pudełkach, a nie dobra edukacja co wyzwala i uwzniaśla, musicie przyznać?

Gdybyśmy jednak, przyjmijmy, wprowadzili obowiązek odwołania się do jednej książki z listy *i* – moje podkreślenie – jednej spoza, to wtedy wychowywalibyśmy młodych czytelników, ciekawych świata i nowych lektur, z pędem ku książkom i czytelnictwu. Niewprowadzenie takiego obowiązku zaś w żaden sposób nie sprawi, że żałośnie niskie wskaźniki czytelnictwa nam wzrosną. Bo nie oszukujmy się, nie, nie wzrosną, a urzędnicy państwowi odpowiedzialni za edukację nie tylko nie zrobią nic w tym kierunku – oni nawet nie próbują czegoś z tym zrobić.

Właśnie, czytelnictwo. Mam wrażenie, że poza brakiem zachęcania do czytania lektur spoza kanonu, polska szkoła krzywdzi młode osoby pod względem literackim jeszcze na jeden sposób. O ile w szkole podstawowej i gimnazjum omawialiśmy książki, które były naprawdę ciekawe i interesujące, o tyle w liceum zaczęła się jakaś pogoń za „interpretacjami”, „wartością intelektualną”, „poziomem literackim” i „historią literatury”. W efekcie z wszystkich książek, które wtedy przeczytałem – nie był to cały kanon, ale mniejsza z tym – naprawdę spodobały mi się tylko dwie, to jest Mendel Gdański i Gloria Victis. A reszta? Nudne jak flaki z olejem…

Powinniśmy zrozumieć jako społeczeństwo jedno – czytelnicy czytają książki, bo są ciekawe, dobrze napisane, mają bohaterów, których można pokochać, korzystają z odpowiedniego języka i mają dobrą fabułę. Nie wiem jak inni, ale ja nie chwytam za książkę dlatego, że „oh, ah, możliwość interpretacyjna, napiszę se o tym esej na 20 stron!!!”. Wierzę, że inni ludzie także nie mają takich motywacji.

Czemu więc przez całe liceum omawiamy tylko książki, których największą (jedyną?) wartością jest „możliwość interpretacyjna”, a przy tym są nudne i nieciekawe? Jest dla mnie oczywiste, że po kontakcie z takim „systemem edukacji” młody człowiek uzna „no, te książki to jakaś kompletna nuda, po co mi to, nic w tym dla mnie ciekawego nie ma, w cholerę z tym”. I de facto tak jest, patrząc na statystyki czytelnictwa w Polsce.

Możemy mieć, mówiąc oględnie, albo intelektualną masturbację w szkole, albo społeczeństwo, które czyta. I liczenie, że intelektualna masturbacja da nam wysokie statystyki czytelnictwa, jest mrzonką.

To mi przypomina, jak jakieś dziecko kiedyś wyraźnie powiedziało „gdyby nie to, że mam swoje własne książki, szkoła przekonałaby mnie, że są nudne jak cholera”. I jakiś „uczony” zajmujący się literaturą stwierdził, że „no, pewnie to wina nauczycieli, że nie zainteresowali, kanon sam w sobie nie jest niczemu winien”. Cóż za piękna ucieczka od sedna dyskusji i argumentów rozmówcy. Doktory literaturkoznafstwa, eh…

Powiem coś jeszcze – perspektywa, zgodnie z którą istnieją jakieś książki „bardziej godne” omawiania w szkołach i te „mniej/w ogóle” jest z gruntu fałszywa. Praktycznie o każdej książce da się powiedzieć coś mądrego (może wyłączywszy Lipińską? Ale to był wyjątkowy potworek…). Jakieś „tru doktory” literaturoznawstwa oburzają się niczym święci w kościele na bluźnierstwo, gdy im zasugerować Harry’ego Pottera w szkole, ale czy mają ku temu na serio jakieś argumenty? Poza być może niewyrażonym wprost przekonaniem, że „co popularne to fe”, tudzież „fantasy jest dziecinne”? (Notabene, gdyby byli serio doktorami literaturoznawstwa, to może by nie mieli takich poglądów…?). Znaczy, z Pottera da się dużo wyciągnąć, podobnie z Tolkiena (co niby oczywiste, ale w kanonie go chyba dalej nie ma? Nie było za moich czasów, w każdym razie) i pewnie jeszcze całej masy innej literatury. Więc, skoro można połączyć benefity intelektualne z czymś, co jest niewątpliwie ciekawe i przyjemne, to czemu z tego nie skorzystać? Bo co, wzrosną nam statystyki czytelnictwa „złych” książek (czyt. tych, co nie służą intelektualnej masturbacji), a tych „dobrych” nikt nie będzie czytać, to lepiej, żeby Polacy nie czytali w ogóle?

Muszę coś dodać – jeśli mamy czytającą populację, to nawet, jeśli czyta ona książki, które my sami uznajemy za mało ciekawe, inteligentne lub rozwijające, to niewątpliwie dalej coś ona czyta. I istnieje jakaś niezerowa szansa, ze z czasem ta czytająca większość wyrobi w sobie gust literacki i sięgnie po coś ambitniejszego. Kto wie, może ktoś nawet nauczy się łaciny, by czytać klasykę klasyki w oryginalnym języku? Natomiast, jeśli mamy populację, która niczego nie czyta, to szansa, że z czasem zacznie ona czytać coś ambitnego, JEST, autentycznie JEST równa zeru.

Więc może powinniśmy nieco przemyśleć swoje priorytety i to, czego chcemy dla narodu i od edukacji w szkołach?

Jeszcze jedno – „kanon(y)” nie są wyryte w kamieniu. O kanonach decydują ludzie. Bywało tak w historii literatury, że ktoś wchodził do kanonu, wychodził z niego, a potem powracał (Virginia Woolf, maybe?). Jeśli przyjmiemy definicję „wyrytego kanonu”, to nie da się tego fenomenu wytłumaczyć. Ale, jeśli uznamy, że kanon(y) to tylko pewna perspektywa na literaturę, a taka perspektywa zawsze jest subiektywna, to wtedy odkrywają się przed nami rożne możliwości.

Przykładowo – dla mnie, jako fantasy, absolutnym kanonem jest Harry Potter i Władca Pierścieni. Ale, moja matka, skądinąd bardzo dobrze oczytana kobieta, nigdy nawet nie spojrzała na te książki. Czy ona jest gorzej oczytana ode mnie? Ja od niej? A może po prostu mamy różne gusta i rożne definicje „dobrej” literatury i to jest okej, tak długo, jak czytamy i wnosimy wysiłek intelektualny w owo czytelnictwo? W historii świata tyle książek napisano, w tylu językach i prądach literackich, że ciężko jest się ograniczyć do jakiegoś „żelaznego jądra”. Myślę, że nawet nie powinniśmy.

Kolejna rzecz, która mi chodzi po głowie – często mówi się, że kanon jest „niezbędny”, bo „kody kulturowe” i „bez kodów kulturowych to kompletna anihilacja”. Jako fantasta i osoba ucząca się języków obcych, nie mogę się zgodzić. Jest dla mnie oczywiste, że każdy czyta inne książki i każdy ma swoje własne nawiązania literackie. Ale, jeśli chcę nawiązać do książki, której ktoś inny nie przeczytał, to czy to jest absolutny kres i nieprzekraczalna granica komunikacji? Przyjmijmy, że powiem w obecności mojej matki (przypomnę: ona nie czyta fantasy) „jaram się jak flota Stannisa”. A ona na to, oczywiście „no, nie rozumiem o czym mówisz”. Czy nie mogę po prostu powiedzieć, że był taki władca w książce fantasy i zrobił wielką inwazję morską na stolicę królestwa, ale jego cała flota spłonęła w magicznym płomieniu? Czy może autentycznie, takie wyjaśnienie jest „niemożliwe”, bo „nie dzielimy kodu kulturowego, jak się porozumieć, aaaaaaa, apokalipsa!!!”. Hm?

Ogólnie te wszystkie wręcz zgubne wizje „świata bez wspólnego kodu kulturowego, cywilizacja upadnie” humanistów przypominają mi ich inny „wielki problem” – to, że ludzie w Polsce, jakieś 20 lat temu, zaczęli (le gasp!) mówić „dokładnie” w znaczeniu angielskiego „exactly”. A przecież „no, po polsku tak nie można!”. I oczywisty kontrargument, że przecież język to twór żywy, a języki zawsze na siebie oddziaływały (nie wiem, deus ex machina jako kalka z greki? Czy zna ktoś ten termin w teoretycznie poprawniejszej gramatycznie, oryginalnej, greckiej formie? Nie? Hm…) nie trafił do mądrych, filologicznych głów. No cóż, minęło lat 20 czy też 30, czy mądre, filologiczne głowy dalej się oburzają na „dokładnie”? Czy też raczej ich święte oburzenie okazało się nie mieć w sobie autentycznie żadnej wartości i obiektywnych podstaw?

Odnośnie „dobrego wykształcenia” i tego, że jego posiadanie bez znajomości kanonu nie przejdzie – w liceum, patrząc na nudne „mundre” książki, po prostu le olałem. Wolałem przez ten czas zajmować się we własnym zakresie tym, co lubię i co sprawiało mi przyjemność, czyli lekturą kolejnych fantastycznych książek. W efekcie miałem bodaj 3 na koniec liceum z polskiego. ALE maturę pisemną zdałem na 60% (całkiem dobry wynik jak na kogoś, kto chciał studiować biologię). Co ważniejsze, na maturze ustnej mieliśmy w moich czasach prezentację. Referowałem o motywach mitologicznych w literaturze fantasy. Widocznie byłem w stanie powiedzieć coś rozsądnego, bo nie tylko uzyskałem okrągłe 100% możliwych punktów, ale także (miałem prezentację w ostatni dzień matur) poinformowano mnie, że moja prezentacja była najlepsza w całej szkole. Więc jak widać moja wizja „czytaj dużo i to, co chcesz, a nie to, co inni Ci mówią” jakoś się broni. Przynajmniej w moim wypadku.

Jeszcze jedno – w Finlandii, kraju, który jest potęgą edukacyjną, nie ma de facto żadnego „kanonu”. Wszystkie dzieci w szkołach w Finlandii muszą omówić fiński epos narodowy (Kalewalę) i na tym koniec. I nie, nie chodzi o to, że w ogóle nie omawia się książek w tym systemie szkolnictwa, ale każdy nauczyciel może wybierać literaturę do omówienia na lekcjach zgodnie ze swoim własnym gustem i wizją. I mimo takiego „rozproszenia” i braku kanonu jako takiego, fińskie dzieci są bardzo dobrze wykształcone i oczytane. To kolejny już argument, który mam przeciwko idei kanonu, ale jest jednym z najpotężniejszych. Wiele bym dał, by Polacy byli tak dobrze wykształceni, jak Finowie. Niestety, nie są.

Dobrze, zacząłem 5 stronę tego tekstu i wypadałoby kończyć. Podsumowując, osobiście uważam, że wizja świata,w której mamy jakiś „żelazny kanon” jest z gruntu nieprawdziwa i społecznie szkodliwa, co, jak wierzę, właśnie wykazałem. A co do osoby wykształconej – nie, osoba wykształcona nie zna skończonej listy książek na liście ustalanej przez ministerstwo edukacji. Osoba wykształcona jest inteligentna, ciekawa świata i słowa pisanego, zdolna dyskutować, myśleć samodzielnie, zadawać odpowiednie pytania i szukać na nie prawdziwych odpowiedzi. W kontekście literatury oznacza to ciągle czytanie nowych książek, pozwolenie, by coś zmieniły w naszym wnętrzu, jak i krytyczne podejście do nich. I wielki księgozbiór domowy, co w Polsce jest w dniu dzisiejszym praktycznie niespotykane. A wizja „kanonu i nic więcej”, tak popularna wśród 60% Polaków, którzy kontakt z literaturą mieli ostatni raz na uczelni bądź w liceum, nie świadczy o dobrym wykształceniu, tylko o wąskich horyzontach myślowych. I jeśli kanon to wszystko, co przeczytali w swoim życiu, to pozostaje mi zapłakać nad ich duszami. A niestety, obawiam się, że w kraju nad Wisłą taka wizja „wykształcenia” dominuje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s