Recenzje

[29] „365 dni” Blanka Lipińska – recenzja

365 dni to (nie)sławny debiut literacki Blanki Lipińskiej. Książka rozpoczynająca trylogię zyskała sobie wielką popularność, a autorce przyniosła niebotyczne zyski i status celebrytki. Czy istnieje jednak ku temu obiektywny powód, a powieść została napisana na poziomie? Przekonajmy się!

Historia opowiedziana w książce jest bardzo prosta, nawet jeśli nieco alogiczna. Laura Biel, główna bohaterka, wyjeżdża na Sycylię razem ze swoim chłopakiem i dwójką przyjaciół. Tam spotyka ją Massimo Toricelli, lokalny szef mafii, który rozpoznaje ją jako kobietę-cud ze swojej wizji, której doświadczył, będąc na granicy życia i śmierci. Chcąc uczynić Laurę swoją kobietą, ten ją porywa i stawia ultimatum – albo zostanie z nim przez 365 dni, podczas których będzie miała szansę, by się w nim zakochać, albo ten zabije jej rodzinę mieszkającą w Polsce.

Łaskawca, co nie?

Jak widać z powyższego, już sam początek książki ma pewne problemy. Po pierwsze, owa wizja o Laurze może by się sprawdziła, ale w książce fantasy, natomiast w dziejącej się tu i teraz na Ziemi powieści wydaje się być… no cóż, bardzo głupiutkim nawiązaniem akcji. To, że Massimo posiada w swoim domu z tysiąc obrazów z Laurą, które zostały stworzone tylko i wyłącznie na bazie tego, co powiedział artystom, również nie jest szczególnie realistyczne.

Dobra, mniejsza z tym. Największą głupotą jest to, że ten człowiek porwał kobietę i zagroził jej rodzinie, ale 365 dni to nie jest opowieść o przemocy, walce o własną niezależność, niepewności odnośnie stanu zdrowia i życia swoich bliskich tylko… „romantyczny” (bo ostatecznie Laura się w Massimie zakochuje) erotyk, w którym to wszystko o czym wyżej wspominam nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Znaczy, rozumiem, że pani Lipińska mogła sobie chcieć opisać romans Polki i Włocha, który ma dużo pieniędzy, ale sposób, w który to zrobiła, sytuacja, w której postawiła własnych bohaterów, jak i to, jak poprowadziła owy wątek, pozostawia wiele do życzenia.

[Ogólnie to Massimo nie zna polskiego, jego mafia jest międzynarodowa, ale w Polsce nie działa, a mimo to bardzo szybko wyśledził i Laurę – co jeszcze można zrozumieć, zatrzymała się w jego hotelu – jak i jej rodzinę mieszkającą w Polsce. To… trochę tak, jakby mafia pruszkowska mogła manipulować ludzi poza granicami kraju? Takie to… średnio logiczne, jakby się nad tym głębiej zastanowić.]

Trzymając się wątku „Boże, ależ to nielogiczne”, muszę wspomnieć o byłym chłopaku Laury. Dostała zdjęcia, na których seksił inną kobietę i na tej bazie z nim zerwała – prawie natychmiast wskakując w objęcia Toricelliego, tak by the way. Po jakimś czasie okazało się, że Massimo coś mu dosypał do drinka („ale nie pigułkę gwałtu” – powtórzę się, co za łaskawca!) i to do popchnęło do owego czynu, którego zresztą nawet nie pamiętał. Czy protagonistka coś sobie z tego zrobiła i nie wiem, zerwała z szefem mafii? A gdzież tam! Nawet słowem nie wspomniano w tej książce o tym, że to nieetyczne i niewłaściwe, samej Laurze zaś wszystko zwisało i powiewało. Taki realizm psychologiczny, co nie?

Mam też problem z fabułą książki jako taką. Na początku rzeczywiście coś się dzieje – już mniejsza o fundamenty logiczne owych wydarzeń – Laura jest porwana, Massimo chce ją do siebie przekonać, rozwija się między nimi uczucie („uczucie”? Jeszcze do tego wrócę) itp. Z czasem jednak sytuacja się stabilizuje i… mniej więcej w tym momencie fabuła jako taka się kończy? Znaczy, Laura i Massimo niby odwiedzają Polskę, są gośćmi na weselu, potem wracają do Włoch, jedzie tam z nimi najlepsza przyjaciółka Laury, Olga, ale… akcji jako takiej nie ma i mam wrażenie, że to wszystko jest pretekstem, by pokazać głównych bohaterów w łóżku.

Właśnie, wątek erotyczny. Scen seksu jest dużo – może nawet zbyt dużo, jak na mój gust? – ale niestety, ciężko je nazwać jakoś coś bardzo zróżnicowane lub urozmaicone. W efekcie po pewnym czasie autorka wpadła we wtórność i miałem często wrażenie deja vu. 365 dni porównuje się – na samej okładce – do czegoś pomiędzy Ojcem Chrzestnym a 50 twarzami Greya. No cóż, w Greyu było jakieś BDSM, które rzeczywiście dla wielu osób mogło być swego rodzaju odkryciem erotycznym (mniejsza, że to chyba również nie była najlepsza książka), ale co oferuje Lipińska? Lody z połykiem? Różowy wibrator, najlepszego przyjaciela Laury? Nie wiem, palce w odbycie? Czy to na serio na tyle rewolucyjne, by napisać o tym książkę i by owa „literatura” dobrze się sprzedawała?

Dobra, mniejsza o porównania do 50 twarzy Greya. Dobrze, może jest jakieś podobieństwo. Ale Ojciec Chrzestny? To był, o ile się orientuję, bardzo dobry film, z wyraźnie rozbudowanym wątkiem przestępczości. A 365 dni? Wiemy tylko tyle, że Masssimo ma jakieś tam „interesy” i musi często podróżować w celu ich załatwienia. Czym jednak owe są, co musi robić i na czym polegają, tego z kart książki się nie dowiemy.

Zatrzymajmy się na chwilę przy myśli „tego się nie dowiemy”. Mam wrażenie, że autorka pięknie zignorowała wszystko, co nie wiązało się z seksem w jej książce. Przykład? Laura poszła z jakimś tam polskim instruktorem pływania ponurkować. Pierwsze zdanie brzmiało coś w stylu „no, poszliśmy nurkować”. Drugie? „Po nurkowaniu…”. Goddamnit! Czy to tak dużo oczekiwać, że na chwilę odpoczniemy od Massimo dymiącego Laurę i otrzymamy choć parę akapitów opisujących podwodny świat, temperaturę wody, jakieś rybki, nie wiem, zaginione miasto gdzieś pod falami, cokolwiek? To była bardzo ładna okoliczność, by Lipińska odpoczęła na chwilę, zwolniła i pokazała nam swój kunszt artystyczny i piękną władzę nad słowem

No cóż, możliwe, że tego nie zrobiła, bo tych cech nie posiada? Opisy są w tej książce mniej niż oszczędne, dialogi napisane bez większego pomysłu, nie ma czasu by się zatrzymać i pocieszyć jakimś dłuższym, estetycznym sformułowaniem, bo owych po prostu tutaj nie ma. Poziom językowy powieści to jakieś rzeczy z Fanfiction.net czy innego AO3. Tylko tam nie trzeba za nic płacić, a tutaj mamy do czynienia z „utytułowaną” pisarką (…).

Mam wrażenie, że autorka starała się pisać ładnie i opisowo, ale tylko w przypadku tego, co Laura miała na sobie, jakie markowe ciuchy miała w szafie i jakie drogie alkohole owa piła – niestety, na to, co naprawdę ważne fantazji zabrakło. A tak BTW, główna bohaterka ciągle pije trunki butelkami – nawet, gdyby nie była uzależniona od alkoholu na początku książki, to z czasem z pewnością by została. Czemu jednak nie tylko nie zostało to przedstawione jako problem, co Lipińska wręcz tego nie zauważa? Beats me.

Poza językiem, mam wielki problem z kreacją psychiczną bohaterów. Na próżno szukać w 365 dniach jakiejś głębi psychologicznej, rozmyślań, autentyczności przeżyć wewnętrznych, czegokolwiek. Postaci są narysowane grubymi kreskami – Massimo jest władczy, dominujący i niebezpieczny, Laura w sumie ma jakieś wątpliwości (obawiam się, pokroju „dam mu czy nie dam? Hm…?”), ale mijają natychmiast, w końcu Toricelli jest seksowny, to można mu się oddać, co nie? (…). Ale to i tak lepiej od innych bohaterów, bo mamy tutaj Domenica, który… jest chłopcem na posyłki i nic o nim w zasadzie nie wiemy? Ah, i jest najlepsza przyjaciółka Laury, Olga, dziewczę wulgarne i prostackie.

Naprawdę, żaden z tych bohaterów nie zyskał sobie mojej sympatii i nawet nie wiem, co o nich można powiedzieć poza tym, że są de facto archetypowi (stereotypowi?) i nic ponad to. Mam wrażenie, że Lipińska nie tylko nie kocha języka polskiego, ale i swoich postaci.

Skoro mówimy o kreacji psychologicznej, to warto też skomentować jakoś wątek „miłości” Massima i Laury. Niestety, bohaterowie „zakochują się” w sobie od tak, bo tak chciała pisarka i nic więcej. Mam wrażenie, że nie istniał ku temu żaden inny powód niż zwierzęce przyciąganie seksualne. Główne postaci nie poznają się lepiej, nie spędzają wielu godzin na rozmowach bądź nawiązywaniu i pogłębianiu relacji. Po prostu, jedno podoba się drugiemu, mają ostry seks, czego chcieć więcej? Wielka miłość i więź emocjonalna (na bazie penetrowania waginy, Boże uchowaj…).

[Czy to dobry moment, by wspomnieć, że „wielce zakochana” Laur dowiedziała się, jak ma na nazwisko Massimo czystym przypadkiem…?]

Jedną z ważnych rzeczy, o których po prostu muszę wspomnieć, są gwałty w książce. Ja sam naliczyłem dwa. Pierwszym była oczywiście ta okropna scena, co otwiera powieść – ta, w której Massimo jest w samolocie, twardnieje mu, więc bierze sobie pierwszą lepszą stewardesę w usta. Drugim był scena z Laurą, w której ta mu wyraźnie mówi „nie mam ochoty”, a on na to „wiem”, po czym kontynuuje. Niestety, najwyraźniej Blanka Lipińska nie jest na tyle dobrze wykształcona, by rozpoznać owe sytuacje jako gwałty, w efekcie więc stewardesa a to chce zrobić loda, a to panikuje i płacze, a Laura, choć nie ma ochoty, to nagle ją zyskuje (Massimo ma wszak dużego i chce jej włożyć, a blissful thing, innit?). Myślę, że gdyby autorka wiedziała czym jest gwałt i ja ważne są w związkach granice, to by inaczej to wszystko rozpisała. A tak? Niby gwałt był – z perspektywy czytelnika – niby go nie było, bo to „przecież” literatura erotyczna, więc wszystko wolno, byle były wzwody. Naprawdę, to gigantyczne pomieszanie z poplątaniem. Zawsze wierzyłem, że pisarz to zawód inteligencki, ale patrząc na „tfurczość” Lipińskiej, zaczynam mieć wątpliwości…

Powinienem także napisać, że to, co łączy Laurę i Massima, to nie „miłość”, bo wtedy byłby to związek oparty na partnerstwie i równości. Tymczasem Massimo jest wiecznie zazdrosny, patrzy na swoją wybrankę zimnym, gniewnym spojrzeniem, zaciska szczęki z wściekłości, decyduje za nią i trzyma ją w najlepszym wypadku jak ptaka w złotej kratce, w najgorszym zaś jako symbol swojego statusu. Decyzja należy do niego, zawsze do niego, nigdy do niej. Czy naprawdę można coś takiego nazwać „miłością”? Powątpiewam.

Jeszcze dwie kwestie, zanim zakończymy. Po pierwsze, teoretycznie książka ma miejsce na Sycylii i we Włoszech, ale niestety, autorce nie udało się w ogóle oddać tego klimatu. Równie dobrze zamiast Sycylii moglibyśmy mieć tu Berlin albo Warszawę. Niby Lipińska była w słonecznej, antycznej Italii, ale niestety, nie widać tutaj doświadczenia z owym krajem z pierwszej ręki. Może by tak mniej opisów „Laura upiła się różowym szampanem” a więcej wycieczek krajoznawczych i odwiecznych, pięknych ruin?

Po drugie, język, którym posługują się postaci. Laura nie zna włoskiego, a Massimo polskiego, więc komunikują się po angielsku. Okej, jest to rozsądny i chyba jedyny możliwy pomysł. Problem w tym, że angielski różni się od polskiego znacznie, nawet jeśli tłumaczymy wszystko dla czytelnika, który może znać tylko polski. Po dziś dzień się zastanawiam, jak Dominico nazwał Laurę po angielsku „proszę pani” (takie słowa nie istnieją w angielskim! Czyżby mówił do niej „lady”?) i jak ona mu kazała przestać, to jak się potem do niej zwracał – gdyż później „najwyraźniej” zaszła zmiana i Domenico przeszedł na „ty”. Na czym jednak polegała, gdyż ciężko mi to sobie wyobrazić?

A to tylko wierzchołek góry lodowej. Moje inne problemy z „niby angielski, ale jednak nie” są choćby takie, że niezależnie od języka, w którym mówią bohaterowie, jeśli klną (a przekleństw było tam trochę…), zawsze pojawia się swojsko brzmiące „kurwa”. Czemu nie „for the fucks sake” lub – przypomnę, akcja dzieje się na Włoszech, to ojczysty język Massima i jego rodziny mafijnej – „cazzo di inferno”? Czy naprawdę wsadzenie w przetłumaczony na potrzeby polskiego odbiorcy tekst paru wyrazów obcojęzycznych byłoby aż takie trudne? Znaczy dobra, pojawiły się bodaj trzy słowa po włosku, ale na całą książkę to dosyć mało i chciałoby się więcej, ale już wstawki z angielskiego nie było żadnej.

A, była jeszcze sytuacja, w której Laura idzie do lekarza, a ten jej w miarę szczegółowo opisuje jej chorobę. Po angielsku. Zrozumiała wszystko. Cóż, gdybym to ja miał się spotkać z angielskim medycznym, to pewnie w ogóle bym go nie zrozumiał, a określiłbym mój język Szekspira jako całkiem dobry. Lipińska najwyraźniej nie rozumie, że poza „Common” English mamy jeszcze Business English i Medical English – i znajomość, nawet bardzo dobra jednego nie sprawia nagle, że znamy i inne rodzaje angielskiego.

Wszystko powyższe skłania mnie do jednego pytania – czy autorka tej książki w ogóle jest osobą multi-języczną i czy rozumie nie tylko różnice między polskim a angielskim, ale także to, co się dzieje ze świadomością osoby, która zna więcej niż jeden język? Bo mam swoje wątpliwości w tym temacie…

Zbliżamy się do końca owego tekstu. Jak więc oceniam 365 dni? Jest źle. Mamy tutaj idealizację przemocy i gwałtu (!), książka nie ma na dobrą sprawę choćby momentu kulminacyjnego, jej akcja jest nielogiczna, a prezentowa weń „wartości” bardzo toksyczne. Im dłużej staram się ją analizować, tym więcej szkodliwości w niej dostrzegam.

Mimo wszystko, czytałem gorsze książki w życiu. Niekiedy język jest tak tragiczny, że powieści nie da się skończyć. Tutaj suma sumarum byłem w stanie przeczytać „dzieło” od początku do końca, nawet, jeśli nie było to jakieś wielkie przeżycie. Myślę, że ocena 2/5 będzie odpowiednia. Co by nie mówić, nie polecam tej literatury. Na rynku jest dużo książek, których przeczytanie autentycznie coś daje odbiorcy. Nie trzeba się zamulać Lipińską, nie ma takiej najmniejszej potrzeby.

Ocena: Meh 2/5
Ocena: Meh! 2/5

DANE O KSIĄŻCE:

Tytuł: 365 dni

Autor: Blanka Lipińska

Stron: ebook

Wydawnictwo: Edipresse Polska

Rok: 2018

Oprawa: ebook

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s